Przy starej, dobrej Tessie - nazywam tak makaron z tuńczykiem i pietruszką, o którym pisałam
tu - zaczęły nęcić mnie wizje nadchodzącego roku, w którym dysponujemy jakąś nową pulą uczuć, i w którym liczba namiętności i frustracji jest jeszcze nieobliczona.
Nowy rok jawi się zawsze jako intrygujący, obfitujący w nowe, zawodowe i osobiste wyzwania i pełen życzliwszych, mądrzejszych osób wokół nas. Zamiast wyrzutów sumienia i trzaskania się po twarzy przed lustrem, po prostu serotoninowy high! A potem i tak zaczniemy zabawę w codzienne, ludzkie psychotricki i do 2013!
Właściwie chciałam obyć się bez postanowień, ale co tam:
po pierwsze:
- znajdę w sieci dobry, włoski serial, z którym stracę czas przeznaczony na pisanie artykułów i pracy i na robienie innych, ważnych rzeczy,
- będę więcej czasu poświęcać na robienie tych ważnych rzeczy, czyli w końcu wyślę na czas papiery na stypendium weneckie,
- kiedy już nie będę robić ważnych rzeczy, będę robić z dni landrynki, podczytywać głupoty o Włoszech i objadać się niekoniecznie wyszukanymi daniami,
- w daniach nieodzownie szukać będę prostoty, w sobie też, a w innych ją cenić,
- ale na początku po prostu wyrzucę swoje myśli i pomyślę te nowe...
Tymczasem skoro zajadam makaron Tessy, przywołam na koniec jej zdanie, które wyczytałam w wywiadzie przeprowadzonym przez Agnieszkę Drotkiewicz w jej książce: Jeszcze dzisiaj nie usiadłam.
Może i ono być zaczątkiem postanowień noworocznych.
Staram się nauczyć liczyć swoje dni: zamykam okno na przeszłość, bo ona już nie istnieje. Zamykam okno na przyszłość, bo jeszcze jej nie ma. I otwieram szeroko okno na teraźniejszość. Codziennie.